top of page

Masz talent. Dlaczego więc czujesz presję zamiast radości? O tym, dlaczego nie każdy talent powinien być monetyzowany i co tracimy, gdy próbujemy go spieniężyć.

Zaktualizowano: 2 minuty temu


„Wiem, że mam talent. I właśnie dlatego czuję, że coś ze mną nie tak, skoro nie potrafię na nim zarabiać.” „Wszyscy mówią, że powinnam coś z tym zrobić. A ja czuję, że im bardziej próbuję, tym bardziej się oddalam.”



Takie zdania słyszę nadzwyczaj często podczas sesji z klientami. Co ciekawe, niemal nigdy nie słychać w nich lenistwa czy braku ambicji, a raczej coś odwrotnego - napięcie, trudne do uchwycenia, gęste, jakby ktoś od lat próbował sprostać niewidzialnemu wymaganiu. Często przypomina to ciche obwinianie siebie i coraz ciaśniejsze krążenie wokół własnych wątpliwości. Tak, jakby istniał obowiązek, którego nikt nigdy nie spisał, a jednak wszyscy zdają się go znać i egzekwować bez pytania o sens. Obowiązek mówiący, że jeśli coś przychodzi Ci naturalnie, masz powinność to wykorzystać. Najlepiej skutecznie. Najlepiej produktywnie. Najlepiej w sposób, który da się zmierzyć, opisać i wycenić.


Ten obowiązek rzadko bywa wypowiadany wprost. Jest raczej wszechobecny: w rozmowach, w mediach społecznościowych, w języku współczesnego rozwoju osobistego, który coraz częściej operuje kategoriami efektywności, skalowania i „monetyzacji potencjału”. Z czasem zaczyna brzmieć jak wewnętrzny głos.

Nie pytający, lecz rozliczający.

Nie ciekawy, lecz oceniający.

Talent w tej narracji przestaje być przestrzenią wewnętrznego poruszenia, a zaczyna funkcjonować jak niewykorzystany zasób, niemal moralne uchybienie.


Piszę ten artykuł, by zdjąć z talentu część presji, którą bardzo często nakładamy na niego zbyt wcześnie, zanim zdąży się ukształtować, zanim zostanie osadzony w sensie, zanim dojrzeje do formy, w jakiej rzeczywiście mógłby stać się czymś żywym i prawdziwym. Nie po to, by zniechęcać do ambicji, lecz by oddzielić to, co rzeczywiście nasze, od tego, co przyszło z zewnątrz i zostało przez nas bezwiednie przejęte.



Jeśli masz z tego tekstu wynieść jedną rzecz, to tę: nie każdy talent od razu chce być narzędziem i nie każdy potencjał domaga się natychmiastowego przełożenia na wynik.



Czym właściwie jest talent?


Zacznijmy od definicji, bo to od niej zależy wszystko, co później uznamy za „oczywiste”.


Talent to wrodzony potencjał psychiczny, który umożliwia szybszy, głębszy i bardziej satysfakcjonujący rozwój w określonej dziedzinie, pod warunkiem sprzyjającego środowiska oraz świadomego, długofalowego rozwoju.


Już w tej definicji zawarte jest coś, co często umyka w potocznych rozmowach o „wykorzystywaniu potencjału”. Talent nie jest gotową umiejętnością. Jest możliwością. Obietnicą, a nie kontraktem.


Kluczowe elementy tej definicji są trzy:

  • naturalność - talent nie powstaje od zera, nie jest efektem wyłącznie treningu; raczej ujawnia się jako coś, co „przychodzi łatwiej”, szybciej rezonuje, wcześniej daje poczucie sensu,

  • potencjalność - talent może zostać rozwinięty, ale nie musi; jego istnienie nie jest równoznaczne z obowiązkiem realizacji,

  • specyficzność - talent zawsze dotyczy określonych obszarów, nigdy „całego człowieka”.


Zauważ, że sam ten opis podważa popularne dziś przekonanie, że talent jest czymś, co należy natychmiast przełożyć na działanie, wynik lub produkt. Definicja mówi raczej o warunkach, czasie i relacji z otoczeniem niż o efekcie końcowym.




Talent w kulturze osiągnięć


Współczesna kultura pracy coraz rzadziej traktuje talent jako jedną z cech osoby. Coraz częściej jako potencjał ekonomiczny - coś, co „powinno się” wykorzystać, rozwinąć, zoptymalizować i wprowadzić na rynek.

Talent staje się zasobem, a człowiek - jego nośnikiem. Z psychologicznego punktu widzenia to bardzo istotna zmiana narracji. Bo zmienia nie tylko sposób mówienia o rozwoju, lecz także źródło motywacji, z którego ten rozwój wyrasta.


Badania prowadzone przez Edward Deci i Richard Ryan w ramach teorii autodeterminacji pokazują, że ludzie funkcjonują najzdrowiej - poznawczo, emocjonalnie i długofalowo - wtedy, gdy ich działania są oparte na trzech fundamentalnych potrzebach psychicznych:


  • autonomii - poczuciu wyboru, sprawstwa i wewnętrznej zgody na to, co robię,

  • kompetencji - doświadczeniu, że rozwijam się, uczę i realnie coś potrafię,

  • relacyjności - poczuciu sensownego kontaktu z innymi i osadzenia w relacjach.


Talent realizowany z potrzeby ekspresji bardzo często wzmacnia wszystkie te obszary jednocześnie. Natomiast talent realizowany pod presją monetyzacji bywa doświadczeniem ambiwalentnym: zewnętrznie „udanym”, a wewnętrznie wyczerpującym. Zmienia bowiem źródło motywacji (z wewnętrznego na zewnętrzne) i stopniowo oddala od pierwotnego sensu, który sprawił, że dana zdolność w ogóle zaczęła się rozwijać. I to właśnie w tym miejscu wielu ludzi po raz pierwszy czuje, że coś przestaje być ich. I nie, to nie dlatego, że talent zniknął, ale, że zmienił się kontekst, w którym próbuje się go realizować.




Co się dzieje, gdy pasja staje się obowiązkiem?


W klasycznych badaniach nad motywacją wewnętrzną opisano tzw. efekt nadmiernego uzasadnienia (overjustification effect). Pokazuje on, że gdy za czynność, którą wcześniej wykonywaliśmy z przyjemności, zaczynamy otrzymywać nagrody zewnętrzne - pieniądze, oceny, zasięgi, uznanie - nasza naturalna motywacja może zacząć spadać.

To jeden z powodów, dla których tak wiele osób mówi „Kiedyś to mnie ładowało. Teraz mnie męczy.” To, co wcześniej było przestrzenią wolności, czegoś co robimy z samej przyjemności robienia tego, teraz zaczyna być przestrzenią oczekiwań. A oczekiwania (nawet te niewypowiedziane) generują napięcie.


Wyobraź sobie, że uwielbiasz sport. Biegasz, grasz w tenisa albo chodzisz na siłownię, bo to Cię reguluje, porządkuje myśli, pozwala odreagować. Nie liczysz wyników, nie analizujesz formy, nie zastanawiasz się, czy „opłaca się” iść dzisiaj na trening. Po prostu idziesz, bo to lubisz.


A teraz wyobraź sobie, że w pewnym momencie ktoś mówi:„Skoro jesteś w tym dobra, to może powinnaś zacząć trenować pod zawody?”„Może warto byłoby na tym zarabiać?”„Szkoda takiego potencjału.” Od tego momentu coś się zmienia.


Zamiast iść pobiegać, zaczynasz myśleć, czy trening był wystarczająco intensywny. Zamiast przyjemności pojawia się analiza. Zamiast lekkości presja, żeby „nie zmarnować formy”. Nawet jeśli nikt niczego nie wymaga wprost, wymaganie zaczyna żyć w środku. I mimo, że sport jest ten sam, ciało jest to samo, to doświadczenie psychologiczne już zupełnie inne.


I dokładnie to samo dzieje się z talentem, gdy z obszaru wolności przechodzi on w obszar obowiązku.




Gdy wartość zaczynają mierzyć inni


Ale na tym presja się dziś nie kończy. Coraz częściej dochodzi jeszcze jeden element - liczby.


Bo nawet jeśli nie myślisz o zawodach ani pieniądzach, szybko pojawia się pytanie o widoczność. O to, czy ktoś to zobaczy. Czy to się „poniesie”. Czy inni uznają, że to ma wartość. Zbieranie followersów zaczyna pełnić rolę miernika sukcesu. Nie tego, jak bardzo coś jest Twoje, ale tego, czy zostało wystarczająco dobrze przyjęte przez innych.


I w tym momencie dzieje się coś bardzo subtelnego, ale ważnego psychologicznie. Pasja, która była prywatnym doświadczeniem, zostaje oddana na zewnątrz, do oceny. Algorytmowi. Reakcjom. Porównaniom.

Zaczynamy patrzeć na coś, co kochamy, cudzymi oczami. Sprawdzać, czy wystarczająco się podoba,czy rośnie, czy idzie do przodu. A gdy nie - pojawia się wątpliwość: może jednak nie jestem w tym aż tak dobra? Nie dlatego, że coś się zmieniło w samym talencie(!), ale zmienił się sposób mierzenia jego wartości. A gdy zewnętrzne miary zaczynają dominować, bardzo łatwo o kolejny krok — taki, w którym ocena talentu zaczyna dotyczyć nie tylko tego, co robimy, ale tego, kim jesteśmy.




Talent a tożsamość


Talent bardzo rzadko bywa wyłącznie umiejętnością. Częściej jest czymś znacznie głębszym - elementem tożsamości. Czymś, co mówi nam, jacy jesteśmy, zanim jeszcze zaczniemy myśleć o sobie w kategoriach zawodowych. Jest sposobem bycia w świecie, a nie tylko zestawem kompetencji.


Dlatego w momencie, gdy talent staje się głównym źródłem dochodu, może dojść do zjawiska znanego w psychologii pracy jako fuzja tożsamości z rolą zawodową. Granica między „tym, co robię” a „tym, kim jestem” zaczyna się zacierać.


To proces subtelny. Rzadko spektakularny. Zazwyczaj rozwija się powoli i niemal niezauważalnie, aż do momentu, gdy coś zaczyna iść gorzej.


W praktyce oznacza to, że:

  • gorszy dzień w pracy zaczyna być przeżywany jak gorsze „ja”,

  • krytyka pracy przestaje dotyczyć efektu, a zaczyna dotykać osoby,

  • spadek popytu, zainteresowania czy widoczności przekłada się bezpośrednio na spadek poczucia własnej wartości.


Problemem nie jest samo zaangażowanie ani pasja. Problemem jest brak psychologicznego dystansu, który pozwala oddzielić wynik od poczucia bycia w porządku jako człowiek. Oddzielić „to, co się wydarzyło” od „tego, kim jestem”.


Badania prowadzone przez Christina Maslach i Michael Leiter nad wypaleniem zawodowym pokazują, że jednym z kluczowych czynników ryzyka jest właśnie nadmierna identyfikacja z rolą zawodową - szczególnie w profesjach opartych na pasji, kreatywności i wysokim zaangażowaniu emocjonalnym. Im bardziej „ja” i „rola” stapiają się w jedno, tym trudniej o regenerację. Trudniej o granice. Trudniej o poczucie bezpieczeństwa w momentach, gdy coś przestaje działać, zmienia się rynek, forma słabnie albo po prostu przychodzi naturalny kryzys.


A kryzysy (wbrew temu, co sugeruje kultura osiągnięć) nie są dowodem braku talentu. Często są sygnałem, że zbyt wiele sensu, wartości i tożsamości zostało ulokowane w jednym miejscu.






Nie każdy talent jest stworzony do presji rynkowej


Nie możemy zapominać, że ludzie różnią się nie tylko zdolnościami, ale także:

  • tolerancją na niepewność,

  • wrażliwością na ocenę,

  • potrzebą stabilności i przewidywalności.


To oznacza, że dwa talenty o podobnym potencjale mogą funkcjonować zupełnie inaczej w warunkach rynkowych i to nie dlatego, że jeden jest „lepszy”, ale dlatego, że wymagają innych warunków psychicznych, by się rozwijać.


Talent nie oznacza automatycznie odporności psychicznej na:

  • nieregularne dochody,

  • ciągłe porównywanie się z innymi,

  • ekspozycję i ocenę, które nigdy się nie kończą.


Dla jednych te warunki są stymulujące,dla innych wyczerpujące. I żadna z tych reakcji nie mówi nic o wartości osoby ani o jakości talentu. Brak gotowości na presję rynkową nie jest brakiem ambicji. Jest informacją o tym, jaką funkcję dany talent pełni w systemie psychicznym danej osoby — czy ma być silnikiem, czy raczej stabilizatorem.


I bardzo często właśnie te talenty, które nie nadają się do ciągłej ekspozycji, są tymi, które pozwalają nam zachować równowagę wtedy, gdy inne obszary życia są wymagające.




Kiedy monetyzacja staje się strategią ratunkową


Wiele decyzji o „zarabianiu na pasji” zapada nie w momencie wewnętrznej gotowości, lecz w czasie kryzysu zawodowego - gdy obecna praca przestaje dawać sens, energię albo poczucie wpływu. W takich chwilach talent zaczyna jawić się jako coś więcej niż umiejętność. Staje się obietnicą wyjścia. Cichą nadzieją, że istnieje alternatywa bliższa nam samym, mniej obciążona i bardziej „prawdziwa”.


Z perspektywy psychologii decyzji wiemy jednak, że umysł funkcjonujący w stanie przeciążenia działa inaczej niż wtedy, gdy czujemy się stabilnie. Ma tendencję do tego, by:

  • zawężać perspektywę,

  • szukać szybkich, regulujących rozwiązań,

  • idealizować alternatywy, które wydają się bardziej dostępne i emocjonalnie bezpieczne.


Talent zaczyna wtedy pełnić funkcję fantazji regulacyjnej - wyobrażenia, że jeśli tylko oprzemy się na czymś, co lubimy i w czym jesteśmy dobrzy, napięcie zniknie, a poczucie kontroli wróci. Problem polega na tym, że presja rzadko znika. Najczęściej po prostu zmienia miejsce.


Zamiast presji związanej z obecną pracą pojawia się presja związana z widocznością, wynikami, porównywaniem się z innymi i koniecznością „udowodnienia”, że to była dobra decyzja. Talent, który miał być schronieniem, staje się kolejnym obszarem obciążonym oczekiwaniami. A gdy rzeczywistość okazuje się mniej spójna i mniej spektakularna niż wcześniejsze wyobrażenie, pojawia się frustracja oraz poczucie porażki. Nie dlatego, że sam wybór był błędny. Ale dlatego, że został podjęty w stanie wewnętrznego napięcia, a nie z miejsca stabilności i realnej gotowości na konsekwencje.




Dojrzałość: selekcja zamiast maksymalizacji


Psychologia rozwoju jasno pokazuje, że jednym z kluczowych etapów dojrzałości nie jest poszerzanie wachlarza możliwości, lecz świadoma rezygnacja z części z nich — na rzecz spójności, równowagi i dobrostanu. Z czasem uczymy się, że nie wszystko, co możliwe, jest dla nas dobre. I że nie każdy potencjał musi zostać wykorzystany w maksymalnym zakresie, by życie było sensowne.


Nie każdy talent musi:

  • zarabiać,

  • być widoczny,

  • być „użyteczny” w sensie rynkowym.


Część talentów pełni zupełnie inną, często niedocenianą funkcję. Bywają:

  • stabilizatorem w wymagającym okresie życia,

  • sposobem regulowania emocji i napięcia,

  • przestrzenią, w której tożsamość nie jest zależna od wyników, ocen ani porównań.


I bardzo często to właśnie te „ciche” talenty umożliwiają zdrowe funkcjonowanie w pracy, która daje bezpieczeństwo finansowe. Nie dlatego, że konkurują z nią o uwagę, lecz dlatego, że chronią poczucie siebie poza rolą zawodową. Dojrzałość nie polega więc na tym, by każdy obszar życia był produktywny. Polega na tym, by wiedzieć, które obszary mają przynosić efekt, a które mają dawać oparcie.


Czasem największym aktem rozwoju nie jest decyzja: „zrobię z tego coś więcej”,ale zgoda na: „to jest ważne właśnie dlatego, że nie musi niczego udowadniać”.




Jak rozpoznać, czy ta presja dotyczy także mnie?


O tym, że presja monetyzacji zaczyna wchodzić w Twoją relację z talentem, zwykle świadczy nie pojedyncza myśl, ale powtarzający się wzór reakcji. Z perspektywy psychologii motywacji widać to przede wszystkim w przesunięciu środka ciężkości: z motywacji wewnętrznej (robię, bo to mnie ciekawi, porusza, rozwija) na motywację zewnętrzną (robię, żeby sprostać oczekiwaniom, nie „zmarnować potencjału”, nie wypaść gorzej od innych).


Można to rozpoznać po kilku sygnałach:

  • Coraz częściej myślisz o swoim talencie w kategoriach „projektu do zrealizowania” niż żywej części siebie: pojawiają się słowa takie jak „opłacalność”, „strategie”, „lejek”, zanim w ogóle zdążysz poczuć, czy masz na to realnie ochotę.


  • Doświadczenie korzystania z talentu przestaje regulować napięcie, a zaczyna je podnosić: po kontakcie z nim częściej czujesz zmęczenie, frustrację lub poczucie niedostatku („wciąż za mało”, „wciąż za wolno”) niż satysfakcję czy spokój.


  • Rośnie udział porównań społecznych – Twoje wewnętrzne „jak to jest dla mnie?” zastępuje „na jakim etapie powinnam już być, skoro inni…”, a miernikiem sensu staje się to, jak Twoje tempo, zasięgi czy zarobki wypadają na tle otoczenia.


  • Odkrywasz, że robisz mniej miejsca na swobodne eksperymentowanie i uczenie się „dla siebie”: coraz rzadziej pozwalasz sobie na próby, których nie da się od razu pokazać, sprzedać albo przynajmniej „wrzucić na portfolio”.


  • Przerwa od działania nie przynosi odpoczynku – zamiast naturalnej tęsknoty („brakuje mi tego”), pojawia się raczej ciche oskarżenie („znowu nic z tym nie zrobiłam”, „tracę czas”).


Im więcej z tych punktów brzmi znajomo, tym większe prawdopodobieństwo, że w relację z Twoim talentem wkradła się nie tyle zdrowa ambicja, co właśnie internalizowana presja – taka, która z czasem potrafi skutecznie zagłuszyć pierwotną radość i ciekawość, od których wszystko się zaczęło.



Pytanie, które naprawdę ma sens


Zamiast pytać wyłącznie: „Czy mogę na tym zarabiać?”, spróbuj zatrzymać się przy innych, bardziej fundamentalnych pytaniach.

  • Co stracę, jeśli ten talent stanie się dla mnie przede wszystkim źródłem presji, a nie poruszenia?


  • Jaką rolę pełni on dziś w mojej psychice i w moim życiu – czy jest miejscem wytchnienia, ekspresji, kontaktu ze sobą?


  • Czy na pewno chcę, by był wystawiony na ocenę, porównywany i mierzony z zewnątrz, czy raczej potrzebuję, by choć częściowo pozostał „intymny”, tylko mój?


Odpowiedzi na te pytania rzadko przychodzą w formie spektakularnych wglądów. Częściej są spokojne, nieco nieśmiałe, czasem wewnętrznie sprzeczne – i to jest w porządku. To właśnie one tworzą jednak grunt pod decyzje, które nie wypalają się po roku, bo są zakorzenione w realnym kontakcie z sobą, a nie tylko w impulsie do szybkiej zmiany czy lęku przed „zmarnowaniem potencjału”.


Na końcu zostaje więc mniej efektowne, ale dużo ważniejsze pytanie: nie „czy da się na tym zarobić?”, lecz „jaką rolę chcę, żeby ten talent pełnił w moim życiu?”. Odpowiedź nie musi prowadzić do maksymalizacji ani do wielkiej rewolucji – może prowadzić do bardziej świadomej selekcji: co chcę wystawić na światło dnia, a co ma pozostać moim prywatnym źródłem sensu i regulacji.


Jeśli w tym miejscu odkrywasz w sobie więcej wątpliwości niż pewności, to często dobry znak – oznacza, że naprawdę się nad sobą pochylasz, zamiast automatycznie powielać zewnętrzne scenariusze. A kiedy przyjdzie czas na decyzję, ważniejsze od tego, czy talent stanie się Twoją pracą, będzie to, czy pozostanie czymś, co jest z Tobą w zgodzie – także wtedy, gdy nikt nie liczy wyników i nie wystawia ocen.


Mam nadzieję, że ten artykuł dał Ci nową perspektywę patrzenia na pasje i talenty – nie przez pryzmat presji, produktywności czy porównań, ale sensu, spójności i psychicznego dobrostanu.


Wszystkiego dobrego,

Kinga Boguszko

Psycholog pozytywny · Coach · Specjalistka ds. rozwoju potencjału i ścieżek kariery

Komentarze


Ukierunkowani

UKIERUNKOWANI

  • Instagram
  • Facebook
  • LinkedIn

© 2025 by Ukierunkowani

bottom of page